Kaukaz 2010

Wspomnienia z wakacji 2010
Autor: Michał Górski

Latem 2010 roku wybraliśmy się na Zakaukazie. Postanowiliśmy zwiedzić Armenię, Gruzję i Azerbejdżan.

Podróż rozpoczęliśmy 9 lipca przejazdem samochodem do Warszawy na lotnisko. Nie było wtedy bezpośrednich połączeń do Erywania, więc musieliśmy przesiadać się w Rydze. Pierwszy lot trwał niecałe dwie godziny. Było wczesne popołudnie, a czasu do wieczornego przelotu wiele. Postanowiliśmy pojechać do centrum miasta i trochę pozwiedzać. Ryga to ładne miasto, a atmosfera podobna do tej z Gdańska lub Gdyni. Na szczególną uwagę zasługuje gotyckie zabytkowe Stare Miasto.


Kolejnego dnia o godzinie szóstej czasu miejscowego wylądowaliśmy w Armenii. Gdy wyszliśmy z lotniska uderzyła nas ogromna różnica krajobrazu. Widok o wschodzie słońca przypominał niemal pustynię. Zaczęliśmy szukać autobusów. Zapytani przez nas taksówkarze odpowiedzieli, że ich nie ma i nie dojedziemy o tej porze do miasta. Pewni informacji zawartej w przewodniku dotarliśmy na przystanek i po chwili jechaliśmy już marszrutką. Zakwaterowaliśmy się w najtańszym (drogim) schronisku i zaczęliśmy zwiedzać miasto. Zaszliśmy na ulicę Abowiana, potem trochę się pokręciliśmy. Zmęczeni zmianą klimatu (upałem) i chodzeniem zdrzemnęliśmy się. Późnym popołudniem poszliśmy jeszcze zobaczyć bardzo stare manuskrypty w muzeum Matenadaran. Wieczór spędziliśmy oglądając grę świateł przy fontannach.

Nazajutrz udaliśmy się na poszukiwanie wypożyczalni samochodów. Znaleźliśmy  ją niedaleko głównego placu stolicy. Długo nie wiedzieliśmy, które auto wybrać, lecz w końcu postawiliśmy na Mercedesa Vito. Po jego odebraniu obraliśmy kierunek na Eczmiadzyn – miasto z najstarszym i najważniejszym kościołem w Armenii. Jest to także siedziba najwyższego patriarchy Ormiańskiego Kościoła – Katolikosa. Zostaliśmy na Mszy Św., która nieco odbiegała od katolickiego porządku. Później pojechaliśmy zobaczyć ruiny katedry z VII wieku w miejscowości Zwartnoc. Dalej udaliśmy się w drogę do twierdzy Amberd – obronnego kompleksu położonego na zboczu. Krajobraz zaczął się zmieniać na zieleńszy, choć bardziej górzysty. Po drodze zatrzymaliśmy się przy strumyku, który naszym zdaniem płynął „pod górę”. Po przerwie ruszyliśmy na szczyt Aragac – najwyższy w Armenii. Jechaliśmy dość długo po nierównym podłożu. Było już późno, więc zdecydowaliśmy, że będziemy spać w samochodzie trochę poniżej wierzchołka góry.

Następnego dnia pojechaliśmy do Giumri, aby zrobić zakupy i wymienić walutę. Później udaliśmy się zobaczyć stary klasztor Marmaszen położony na zielonej równinie. Tam też zjedliśmy posiłek na trawie. Opuszczając kompleks obraliśmy kierunek na Dilidżan, gdzie przenocowaliśmy w chatce na zboczu porośniętego drzewami wzgórza.

Na drugi dzień zwiedziliśmy klasztory Hagharcin i Goszawank położone nad rzeką Agstew, w gęstym lesie. Po drodze spotkaliśmy pszczelarzy. Później pojechaliśmy nad jezioro Sewan, największe w kraju i jedyne z trzech „mórz” Armenii (obok jeziora Wan i Urmia), które pozostało w jej granicach. Natrafiliśmy na obozowisko, przy którym trochę popływaliśmy. Następnie odwiedziliśmy monastyr Sewanawank (zwany Czarnym Klasztorem) leżący na górze blisko brzegu. Tamże kupiliśmy obraz od miejscowego malarza. Powróciliśmy do chatki.
Nazajutrz wyjechaliśmy z Dilidżanu w kierunku Erywania. Musieliśmy załatwić wizę do Górskiego Karabachu w jedynej na świecie ambasadzie tego kraju. Niemałym problemem było wklejanie dokumentu do paszportu. Z taką pamiątką nie można już wjechać do Azerbejdżanu. Na szczęście udało się i dostaliśmy ją jako osobne poświadczenie. Później odwiedziliśmy targ, średniowieczny kościół św. Sargis oraz muzeum reżysera Siergieja Paradżanowa. Wstąpiliśmy także na pocztę. Następnie udaliśmy się po odbiór wiz. Opuściliśmy stolicę. Pojechaliśmy do klasztoru Geghard, gdzie rzekomo przechowywano Świętą Włócznię. Zaskakujące było to, że w jednym z pomieszczeń wybijało źródło wody. Obraliśmy kierunek na Garni. Znajdująca się tu pogańska świątynia poświęcona Mitrze należy do kompleksu twierdzy, która mieści się na zboczu doliny rzeki Azat. Kolejny odwiedzony przez nas klasztor nazywał się Chor Wirap. Wyglądał nieco jak zamek. Uroku dodawał mu widok na górę Ararat (dziś niestety w Turcji). Tutaj przenocowaliśmy na parkingu w samochodzie, gdyż było za późno na szukanie noclegu i zwiedzanie.

Rano klasztor wyglądał jeszcze ładniej. Po jego zwiedzaniu pojechaliśmy do kolejnego – Norawank. Zobaczyliśmy także muzeum i uniwersytet w Gladzorze. W końcu dotarliśmy do miasta Sisian, gdzie przenocowaliśmy.

Kolejny klasztor, do którego dotarliśmy, nazywał się Worotnawank. Jak większość monastyrów stał pusty. Następnie chcieliśmy odnaleźć drogę do miejscowości Tatew. Niestety, nie udało się. Niedaleko od Sisian przyjrzeliśmy się także tajemniczym kamiennym kręgom – Zorac Karer. Obraliśmy kierunek na Stepanakert – stolicę Górskiego Karabachu. Stację kontroli na granicy można było porównać z posterunkiem policji. Po drodze do miasta kupiliśmy jeżyny od sprzedających je dzieci. Zobaczyliśmy duży kościół w Szuszi. Później pojechaliśmy do Stepanakertu i pospacerowaliśmy po mieście. Gdy znajdowaliśmy się na targu, zaskoczył nas ulewny deszcz. Rozpoczęliśmy „zwiedzanie”. Oferowano nam różne wyroby m. in. syrop z morwy. Dostaliśmy od pewnej pani czosnek, który nie był ostry i za to bardzo dobrze nadawał się do jedzenia.

Strony: 1 2 3
2 komentarze
  1. Super przygotowana relacja. Każdy kro opisany, aż chce się czytać. Pozdrawiam serdecznie.

  2. lilka says:

    Bardzo dobrze napisana relacja z podróży:) Kaukaz to szczyt moich marzen:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *