Daleki Wschód 2008

Celem naszej wyprawy w 2008 roku było całkowite zaćmienie słońca, które można było oglądać na dużym obszarze Azji. Do wyboru mieliśmy Nowosybirsk i okolice Hami w Chinach. W Rosji zagrażały chmury, ale był łatwy dojazd. W Chinach były duże szanse na idealną pogodę, lecz było to pogranicze z Mongolią 3000 km od Pekinu, gdzie mieszkali Ujgurzy i Kazachowie wyznający islam, często wszczynający zamieszki nie uznając władzy chińskiej. Ostatecznie obraliśmy wariant bezpiecznej pogody, ale z przejazdem przez Rosję. Na Syberii baliśmy się komarów, kleszczy i ewentualnie braków żywności, bo słyszeliśmy, że na krótki okres czasu wprowadzono tam kartki. Naszym marzeniem były tanie zakupy w Chinach z nutą biznesu. Chcieliśmy zakupioną elektronikę sprzedać w Polsce i odliczyć sobie koszty wyprawy. Za kontakty w języku rosyjskim odpowiadał tata, mój brat za chiński. Ja bardzo chciałem nauczyć się mongolskiego. Z domu wyjechaliśmy naszym samochodem do Przemyśla. Na dworcu czekaliśmy na pociąg pełni emocji związanych z podróżą. Testowaliśmy GPS, który miał nam pomóc w orientacji na tych rozległych terenach. W nocy przejechaliśmy przez granicę do Lwowa. Na miejscu zorientowaliśmy się, że mogą być problemy z powrotem. Rannym pociągiem pojechaliśmy do Moskwy, spędzając w wagonie cały dzień. Następnego dnia obudziliśmy się w stolicy. Poruszając się metrem zwiedzaliśmy poszczególne stacje. Po wyjściu na miasto udaliśmy się na Plac Czerwony, widząc Kreml, cerkwie oraz sprzedawców handlującymi popularnymi „babuszkami”. Wczesnym popołudniem dojechaliśmy autobusem na lotnisko, skąd mieliśmy samolot do Irkucka nad Bajkał. Był to mój drugi lot w życiu, a po raz pierwszy poczęstowano nas obiadem na pokładzie. Podróż trwała pięć godzin, lecz strefy czasowe przyspieszały zachód słońca. Rano znaleźliśmy się już po stronie azjatyckiej. Noc spędziliśmy w hostelu ze śniadaniem i dostępem do internetu. Następnego dnia pojechaliśmy marszrutką na dworzec autobusowy (10 RUB = ok. 1,20zł). Zwiedzaliśmy miasto, lecz nie było tu nic ciekawego, ani zabytków, ani sklepów z elektroniką.
Tam kupiliśmy wycieczkę po okolicy z drobnymi problemami związanymi z wypłatą pieniędzy bankomacie. Pojechaliśmy z wycieczką w góry Sajany do miejscowości Arszan, gdzie występuje szamanizm. Zaraz po wyjściu z autobusu powitała nas Buriatka, oferując nam nocleg. Po przyjęciu propozycji poszliśmy obejrzeć kwaterę. Była to tradycyjna chata syberyjska mająca dwa pokoje i łączącą je kuchnię oraz przedsionek. Na obiad zjedliśmy smażone ziemniaki z przyprawami z samolotu. Czuliśmy się przy tym jak wygnańcy na Syberii. Talerze chodziliśmy myć nad rzekę, w której mieliśmy zamiar się kąpać, lecz była zbyt zimna. Po południu poszliśmy w góry. W okolicznym źródełku znaleźliśmy wiele kopiejek, które próbowaliśmy wydostać. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że było to święte miejsce szamanów. Wracając wrzuciliśmy prawie wszystkie monety do źródełka. W domu mieliśmy dużo monet, które miały zbyt małą wartość, by móc nimi płacić w sklepie. Dlatego wpadliśmy na pomysł, aby robić interesy z duchami, zamieniając je na większe nominały. Następnego dnia pojechaliśmy na kolejną wycieczkę do Żemczuga na basen, który nazwałem „wiejskimi wodami termalnymi”. Po „pływaniu” poszliśmy do baru na lokalne jedzenie. Po południu wróciliśmy do Arszanu, a stamtąd prosto do Irkucka. Kolejnego dnia w drodze nad Bajkał zjedliśmy Omula – tradycyjną rybę występującą tylko na tych wodach. Po dotarciu na brzeg wsiedliśmy na statek i popłynęliśmy na okoliczną przystań, gdzie czekał na nas parowóz. Przed wycieczką zwiedziliśmy muzeum kolei, będące na miejscu starego dworca. Trasa kolei biegła nad brzegiem Bajkału, przez co mieliśmy piękne widoki. W drodze były dwie przerwy, na których zjedliśmy wędzonego Omula.. Wycieczka zajęła nam cały dzień. Wczesnym rankiem pojechaliśmy marszrutką na wyspę Olchon. Gdy dotarliśmy na brzeg, nie wiedziałem, że najgorsze dopiero przed nami. Spędziliśmy 1-2 godziny czekając na prom, mający do przepłynięcia zaledwie kilkaset metrów. Po dojechaniu do miasteczka poszliśmy szukać noclegu. Nie było trudno, ponieważ dużo domów utrzymywało się głównie z wynajmowania pokojów. W czasie dwóch wycieczek zwiedzając wyspę miałem okazję zjeść dwa razy zupę rybną. W jeziorze Szara Nur mogliśmy się wykapać, ponieważ była tam najcieplejsza woda w tej okolicy, ale nie dałem się namówić. Wieczorem razem z psem Gawrikiem, u którego właściciela wynajmowaliśmy pokój poszliśmy na plażę budowa zamek. Rano pożegnaliśmy się z wyspą, a potem wsiedliśmy do marszrutki i pojechaliśmy w stronę promu. To był koszmar. Na początek zjedliśmy lekki obiad, słysząc kłótnie, kto miał pierwszeństwo wjazdu na prom. Musieliśmy jak najszybciej przedostać się na drugi brzeg, żeby zdążyć na pociąg do Ułan Bator. Po drugiej stronie nie byliśmy pewni, czy nam się uda. Kierowca starał się jechać szybko, a tu nagle silnik gaśnie i stajemy. Pomyślałem sobie, że to już koniec. Ale po chwili złapaliśmy auto-stop, który chętnie nas podwiózł. Jechaliśmy 130-140 km/h. Ja z moim bratem siedzieliśmy w bagażniku. Po dojechaniu do miasta mieliśmy jeszcze czas na szybkie zakupy, abyśmy mieli co jeść w pociągu. W Nauszkach – miasta granicznego z Mongolią kazano nam czekać ok. 2 godzin. Po przekroczeniu granicy też mieliśmy czas. Spotkaliśmy Mongoła mówiącego po polsku. Mówił, że nauczyli go żołnierze polscy. Po dobrze przespanej nocy dojechaliśmy na dworzec w Ułan Bator. Już tutaj znaleźliśmy ofertę noclegową. Szybko zapoznaliśmy się z bardzo miłą osobą, która robiła nam śniadania, udostępniała swój komputer. Następnie wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Mnie bardzo się podobało oglądanie muzeów i placów. Na obiad poszliśmy do baru mlecznego. Były tam najniższe ceny z całej wycieczki. Wieczorem namówiliśmy Togsoo, u którego wynajmowaliśmy pokój na wycieczkę po Mongolii. Rano było już wszystko przygotowane, głównie jedzenie. Razem z Togsoo i sympatycznym kierowcą

Strony: 1 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *