Chiny 2009

W tym jak i poprzednim roku naszym głównym celem było zobaczenie zaćmienia Słońca. Oba te zjawiska miały miejsce na terenie Chin. Tym razem przyszedł czas na zwiedzanie południowej części kraju, m.in. Hong Kongu, Szanghaju, Makau i innych ciekawych miast. Największe wrażenie zrobił na mnie Hong Kong, lecz po pierwszej nocy miałem inne zdanie o tym mieście. Południe Chin znacznie różni się od północy, głównie strefą klimatyczną, ale także kuchnią. Przy morzu występuje wysoka temperatura z dużą ilością wilgoci, przez co szybciej przechodzi ochota na zwiedzanie. Bardzo liczyłem na pociąg sypialny, lecz za każdym razem nie było miejsc, nawet siedzących i musieliśmy poświęcić dzień zamiast nocy na przejazd. Nieodłącznym środkiem transportu do Chin był samolot, tym razem prosto z Warszawy, aby zaoszczędzić więcej czasu, którego i tak nam brakowało. Z domu wyjechaliśmy zgodnie z planem o 9.00. Samochodem dostaliśmy się do Warszawy, gdzie zrobiliśmy ostatnie zakupy i kupiliśmy dolary. Trochę spóźnieni zaparkowaliśmy na parkingu nieopodal lotniska, skąd mieliśmy już zarezerwowany lot do Moskwy. Kierowca, który nas odwoził, zapewniał, że na pewno na niego zdążymy. My jednak nie byliśmy tego pewni. Pierwszy raz zobaczyłem warszawskie lotnisko, na szczęście już te nowsze, bo słyszałem, że poprzednie nie było zbyt zachwycające. Po spojrzeniu na zegarek liczyliśmy na to, że zdążymy bez problemu. Niestety, dużo czasu zajęły nam odprawy bagażu i kontrole paszportowe. Musieliśmy poczekać na następny autobus pod samolot, ale nie byliśmy jedynymi spóźnionymi. Druga grupa podróżników była ubrana w wielkie buty, przez co można było się domyśleć, że wybierają się w zimne i śnieżne strony. Zgodnie z rozkładem o godzinie 16.00 wystartowaliśmy, lecąc w kierunku Moskwy. Zajęło nam to 2 godziny, ale musieliśmy uwzględnić strefy czasowe i po przylocie była już 20.00. Od początku wiedzieliśmy, że czeka nas noc na lotnisku. Po kilku godzinach zostaliśmy sami i mogliśmy spać na leżąco przykryci gazetami, bo przy sobie mieliśmy głównie jedzenie. Rano wstaliśmy dość wcześnie, aby nie zaburzać przestawionego już naszego zegara biologicznego. O 8.40 byliśmy już w samolocie. Lecieliśmy cały dzień aż do 22.30. Po wylądowaniu na lotnisku w Hong Kongu szukaliśmy w miarę taniego środka transportu, który zawiózłby nas do centrum miasta. Do wyboru mieliśmy pociąg lub autobus. Od początku braliśmy pod uwagę atrakcyjność cenową i pojechaliśmy dwupiętrowym autobusem, z którego było widać przepiękną panoramę miasta.
W dzień nie robi ona takiego wrażenia, jak właśnie w nocy. Poruszaliśmy się na dwupoziomowych autostradach, oglądając wysokie oświetlone wieżowce. Po wyjściu na ulicę, od razu, jak na te klimaty przystało, zaczęto nas namawiać do wybrania odpowiedniego hotelu. W Hong Kongu ceny noclegów są bardzo drogie, dlatego przenocowaliśmy w hoteliku gdzieś między 5 a 8 piętrze, który okazał się noclegiem o bardzo skromnym standardzie. Było grubo po północy, kiedy się zakwaterowaliśmy. W małym i ciasnym pokoiku, który miał być dużym pokojem mieszkał lub mieszkali już inni lokatorzy. Około 3.00 spod łóżka wyszedł karaluch. Wcześnie rano opuściliśmy pokój i poszliśmy w kierunku portu, szukając statku przewożącego ludzi między miastami Koulun, gdzie spaliśmy, a Hong Kongiem, które wyglądało bardzo podobnie z tym, że po drugiej stronie bez problemu można było zauważyć większe zagęszczenie ludności. Po przepłynięciu poszliśmy do ogrodu zoologicznego. Spotkaliśmy lemury, węże i małpy, a wstęp był bezpłatny, co mnie trochę zaskoczyło. Drugą atrakcją tego dnia był przejazd tramwajem ostro pod górkę. Późno wieczorem wyszliśmy jeszcze raz obejrzeć Hong Kong przed wyjazdem. Przy porcie, gdzie płynęliśmy statkiem, podziwialiśmy piękną panoramę miasta, wielkie oświetlone wieżowce. Wiele osób oferowało swoje usługi w zakresie fotografowania. Można ich było spotkać prawie na każdym kroku. Następnego dnia kupiliśmy bilety na prom do Makau. Po przybiciu do portu, poszliśmy pieszo w kierunku drugiej części miasta. Po drodze w kantorze wymieniliśmy walutę na makalską. Na głównej ulicy spotkaliśmy wiele kasyn, słynących na cały świat. Spacerując razem z bagażem po zabytkowej części miasta, napotkaliśmy hotel, w którym zakwaterowaliśmy się, a następnie poszliśmy szukać jakiegoś baru. Wybraliśmy bardzo spokrewnione danie podobne do pierogów, ale nadziewane zieleniną. Po obiedzie, przechadzając się koło portu, naszła nas ochota na pływanie. Na mapie zaznaczona była jedna plaża, do której dostaliśmy się autobusem komunikacji miejskiej, przejeżdżając pod granicą makalską. Kąpaliśmy się w morzu południowo-chińskim. Woda nie była zimna ze względu na to, że w pobliżu wpływała rzeka. Momentami była nawet za ciepła. Dzisiaj spróbowaliśmy ostrego dania ryżowego z warzywami. Po zmroku poszliśmy na spacer i przy okazji zrobiliśmy kilka interesujących zdjęć. Rano wstąpiliśmy do kościoła, a następnie weszliśmy na



szczyt góry, skąd podziwialiśmy widoki miasta, a także zabytkowe armaty z czasów, kiedy Makau było jeszcze kolonią portugalską. Po krótkiej wycieczce wzięliśmy bagaże z hotelu i pojechaliśmy autokarem pod granicę, którą musieliśmy przekroczyć pieszo. Po dłuższym oczekiwaniu inny autokar już z chińską rejestracją zabrał nas do Kantonu. W banku niedaleko przystanku autobusowego wymieniliśmy gotówkę na jeny i załatwiliśmy przejazd na lotnisko. Samolot był konieczny, aby zaoszczędzić kilka dni wyprawy. Wieczorem opuściliśmy Kanton i polecieliśmy do Szanghaju. W nocy miasto z góry wyglądało na ogromne, także dzięki wykonanych trzech okrążeniach wokół lotniska, czekając na pozwolenie na lądowanie. Na lądzie mieliśmy dylemat, czy opłaca się szukać noclegu o tak późnej porze, a jeśli to jakim środkiem transportu. Ostatecznie pracowniczka lotniska poleciła niedrogi hotel. Do centrum dojechaliśmy autobusem, a pod hotel bezproblemowo i szybko zawiózł nas taksówkarz, co w Chinach było szczęściem. Wynajęliśmy czteroosobowy pokój, co bardzo poprawiło nam nastrój. Ciekaw byłem, jak wygląda największe miasto Chin. Następnego dnia poszliśmy na całodzienny spacer. Widzieliśmy zabytkową część miasta, zapełnioną wieloma sklepami. Wstąpiliśmy do herbaciarni. Ceny jednak nie były tanie, więc zaczęliśmy się targować. Jak zawsze po zakupach uważaliśmy, że można byłoby postarać się o jeszcze taniej. Wieczorem poszliśmy kilka kilometrów do dzielnicy francuskiej. O tej porze nie było już tam tyle ludzi. Rano zwiedzaliśmy muzeum szanghajskie, które zajęło nam bardzo dużo czasu, ze względu na dużą ilość eksponatów. Nie było zakazu robienia zdjęć, a przed wejściem prześwietlano bagaż. Najciekawszą chwilą spędzoną w tym mieście była kolej magnetyczna prowadząca z centrum na lotnisko. Jak każdy bilet w Chinach kosztował dość sporo. Pociąg rozpędził

Strony: 1 2 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *