Athos 2009

Relacje z podróży na Górę Athos mojego taty:

Góra Athos istnieje w mojej świadomości może i 30 lat. Podczas kolejnego pobytu w Grecji na przełomie 1988/89 roku była już na wyciągnięcie ręki, ale wtedy każdy dzień pracy na polach wiejskiej Ormilii przynosił pokaźny dochód i nie starczyło mi wyraźnie sił by pokonać zwykły materializm i na tydzień oderwać się od założonego celu pobytu w tym kraju jakim było zdobywanie twardej waluty.
Kilka wykonanych w ciągu dwóch lat telefonów do Biura Pielgrzyma w Salonikach doprowadziło mnie w końcu do uzyskania zaproszenia na świętą Górę, zwaną od dawna przez Greków jako Agion Oros. To terytorium od ponad tysiąca lat skupia prawosławnych mnichów w klasztorach i pustelniach rozsianych na niezbyt gościnnym obszarze wschodniego cypla półwyspu Chalcydyckiego.
We wrześniu 2009 dotarłem z wujkiem Romkiem do miasteczka Ouranoupolis. Stąd właśnie codziennie przed południem odpływa prom do Daphni – głównego portu na Athos. Tu też należy odebrać zaproszenie od Świętej Społeczności, które po grecku nosi nazwę diawatirion. Bez niego nie pozwolą zostać na promie.W statucie wspólnoty jest podobno zapis, że jedyną drogą wiodącą na terytorium mnichów pozostanie na zawsze droga wodna. Płyniemy wzdłuż zachodniego brzegu a granicę pomiędzy oboma światami lokalizujemy przy pomocy mapy, która sugeruje początek atoskiego terytorium w miejscu gdzie teren zaczyna sie wyraźnie wznosić. Na pokładzie sami mężczyźni, nie tylko cywile, bo są też duchowni.
Zaproszenie do odwiedzenia tej wyjątkowej wspólnoty klasztornej mogą otrzymać mężczyźni, którzy ukończyli 21 lat. Kobietom wstęp na Świętą Górę jest zabroniony. Mówi o tym wielowiekowe prawo zapisane na trzymetrowej koźlej skórze przechowywanej w siedzibie Świętej Epistazji w Karyes. Mijamy przystań serbskiego klasztoru Chilandari. Kolejna przystań, tym razem należąca do bułgarskiego klasztoru Zographou. Architektura przypomina mały zamek obronny. Dawniej nie było na tym obszarze spokojnie, istniało zagrożenie nie tylko ze strony piratów.
Kilka osób w tym jeden mnich wychodzi na ląd. Mijamy klasztor Dochiariou, Xenophontos, podziwiamy dalej wielki klasztor rosyjski św. Pantelejmona o zielonych dachach baszt i zabudowań, intensywnie rozbudowywany i odnawiany. Zauważyłem grupkę ludzi na górnym pokładzie z kilkuletnim chłopcem. To jednak są wyjątki ? Ojciec chłopca wyjaśnia mi, że mnisi mogą zapraszać do siebie bliską rodzinę. Niektóre klasztory jak później zauważyłem, zezwalają na odwiedziny po ukończeniu 7 roku życia. Dobijamy do portu Daphni. Wysiadamy i wtapiamy się w tłum oczekujących na opuszczenie Athos. Czekają w kolejce do kontroli celnej. Nie można przecież pozwolić na nielegalny wywóz cennych historycznie przedmiotów zgromadzonych w klasztornych skarbcach i bibliotekach. Nie mamy planu. Jakiś Grek pytał mnie jeszcze na promie, dokąd się wybieramy. On zamierzał odwiedzić wspólnotę Vatopedi – drugiego pod względem ważności klasztoru na północno-wschodnim wybrzeżu półwyspu. Dziwił się jak można tu przyjechać bez potwierdzenia noclegu. Zasiał trochę niepokoju, byłem jednak emocjonalnie przygotowany na większe trudności. W tym świecie ostrzega się przybyszy, że nie warto nic planować, trzeba poddać się rytmowi życia wspólnot klasztornych, bo inaczej niczego się tu nie zobaczy a tym bardziej niczego się też nie zrozumie. Każdy słyszał o kalendarzu Juliańskim i przesunięciu daty o kilkanaście dni w stosunku do naszego kalendarza Gregoriańskiego. Nie każdy jednak wie, że czas w ciągu dnia też jest inaczej liczony i zaczyna się o naszej 7.00 jako godzina pierwsza a 19.00 to dla mnichów pierwsza wieczorem. Może to być powodem pomyłek gdy mnich przyjmujący gości zwany archondaris będzie nieco roztargniony i nie poda nam właściwej pory nabożeństwa lub posiłku.
W porcie określiłem wreszcie strategię naszego pobytu. Większość pielgrzymów jedzie autobusem do uznawanej za stolicę miejscowości Karyes położonej w głębi lądu. My popłyniemy mniejszym promem dalej na południe do klasztoru Simonospetras. W międzyczasie portowe koty próbują dokonać rewizji naszych bagaży. Wysiadamy na ląd razem z Amerykaninem z Hawajów i ostro wspinamy się kamienną ścieżką do bramy klasztoru. Powszechnie twierdzi się, że tutaj minisi śpiewają najpiękniej na Górze Athos a Hawajczyk, który jest zawodowym muzykiem porównuje ich nawet do anielskich chórów. Archondaris wita nas jak nakazuje tradycja galaretką lokoumi i wódką ouzo. Nie ma niestety dla nas noclegu, proponuje odpoczynek przy kawie i przemarsz do sąsiedniego klasztoru Grigoriou. Poza rozczarowaniem, że nie zobaczyłem tutejszego kościoła, uświadamiam sobie nagle jakie trudności mogą nas jeszcze czekać jeśli i w Grigoriou nie przyjmą nas na noc. Diawatirion gwarantuje 4 noclegi na Górze Athos. Jest tylko jeden warunek, trzeba przyjść do klasztoru przed zachodem słońca, potem bramę zamykają do rana. Dwa dni później byłem świadkiem jak pewien Albańczyk spędził noc poza murami klasztoru Megisti Lavra, na szczęście dostał kąt w zabudowaniach przyklasztornych u studenta pracującego tu na wakacjach.
Dwugodzinny spacer zboczem wzdłuż morskiego brzegu doprowadził nas do bram klasztoru Grigoriou. Na dziedzińcu mnich oznajmił, że pokój dla nas się znajdzie. Pamiętam, że wspominałem coś o prawosławnej prababce, ale chyba nie było to potrzebne. Za chwilę miało zacząć się popołudniowe nabożeństwo – esperinos co można tłumaczyć jako gwiazdy wieczorne (nasze nieszpory ?). To od nich zaczyna się dzień liturgiczny. Trudno opisać wnętrze kościoła, mocno zadymione ściany, na zawsze utrzymujący się w powietrzu zapach kadzidła, pośrodku wielki kolisty żyrandol symbolizujący mury Jerozolimy i mnóstwo świętych postaci patrzących z ikonostasu i rozwieszonych po ścianach ikon. Zarówno mnisi jak i pielgrzymi przychodzący do świątynii witają się od razu z ikonami o szczególnej czci, dotykają je i całują, wielokrotnie wykonując przy tym znak krzyża. Kilku mnichów rozdzielonych na dwie grupy po obu stronach ikonostasu na przemian śpiewa i czyta z otwartych wielkich ksiąg. Reszta bez widocznej dyscypliny pojawia się o różnym czasie a niektórzy z mnichów wychodzą w trakcie, najpewniej z powodu innych ważnych obowiązków. Po około trzech godzinach monotonnej modlitwy wszyscy obecni



przechodzą z kościoła wprost do jadalni, która musi być blisko by nie tracić czasu. Co więcej, jeść trzeba szybko i w ciszy. Każdemu pielgrzymowi przydziela się miejsce przy stole, ale mnisi siedzą przeważnie oddzielnie w głębi sali. Zdarza się, że w niektórych klasztorach do dziś pobrzmiewają echa schizmy i innowierców umieszcza się przy osobnym stole. W czasie posiłku jeden z mnichów czyta z ambony wybrane fragmenty pisma świętego zerkając przy tym dyskretnie w stronę przeora. W chwili gdy ten kończy jeść, lektor zamyka księgę a dzwonek daje sygnał wszystkim, że należy bezwarunkowo zakończyć posiłek. Jeden z mnichów zabiera teraz pielgrzymów z powrotem do kościoła gdzie czekają na nich wyłożone święte relikwie. Strach podejść bliżej, bo prawosławni z wielką czcią całują oprawione w srebro i przykryte szkłem fragmenty kości, odłamki drewna, znalazł się też spory kawałek czaszki. Nie wiadomo jak się zachować, naśladować ich nie będę a stać z boku też nie wypada, by nie sprawić wierzącym przykrości albo gorzej, nie wyjść na aroganckich schizmatyków. Po kwadransie wychodzimy na świeże powietrze a tu znowu kłopoty. Siadamy byle gdzie a mnich zaczyna opowieść o historii klasztoru, życiu słynnych świętych tu zamieszkujących i o własnym powołaniu. Trwa to wyraźnie za długo. Piękny widok na otwarte morze nie rekompensuje nam traconego czasu, mimo to z gorliwą cierpliwością udajemy Greków i czekamy na zbliżający się zachód słońca wyznaczjący porę na odpoczynek. Brama klasztoru nareszcie się zamyka a my idziemy do wyznaczonej nam przez mnicha archondarisa przytulnej, ciasnej celi. Leżąc w wygodnych łóżkach, wpatrzeni w słabe światło kończącego się dnia dochodzące przez niewielkie okno z widokiem na ścianę wąskiego przejścia między naszym budynkiem a wysoką wieżą obronną, mamy możliwość pierwszej wymiany wrażeń z pobytu na tej ziemi. I obaj odczuwamy podobnie, bo wyraźnie przechodzimy kryzys adaptacyjny. Nie umiemy pogodzić naszego pędzącego świata, tego, w którym na co dzień przebywamy, ze światem, który tu zastaliśmy. Czuję, że tempo życia, które znam na codzień tutaj gwałtownie hamuje. Wiem, że rano przed czwartą trzeba będzie pójść do kościoła na nabożeństwo poranne. Potem czeka nas wędrówka do następnego klasztoru i kolejne nieszpory. Nikt do tego nie zmusza, ale powoli dociera do nas myśl, że nic innego przez dalsze dni nie będziemy tu robić. Jakiś wybór mamy, bo możemy w miarę szybko porzucić to miejsce i wrócić do domu, ale to zbyt łatwe a pochopna decyzja podjęta właśnie teraz na zawsze zamknie nam możliwość bezpośredniego poznania tego wyjątkowego miejsca. Tymczasem to miejsce mówi do nas by dać sobie trochę czasu, wykazać odrobinę cierpliwości i spróbować pogodzić się z tutejszym rytmem życia. Należy przestać myśleć o pozostawionych gdzieś w naszym świecie problemach a już na pewno odrzucić postawę turysty, który najpierw zwiedza a potem posiada czas wolny na własne potrzeby.
Ostatecznie całkiem świadomi miejscowych uciążliwości, zgodnie postanawiamy wytrwać najbliższe cztery dni, ale zaraz potem szybko wracamy do naszej cywilizacji.
Rano po śniadaniu idziemy do klasztoru Dionisiou, zajmuje nam to kilka godzin. Wiemy, że przyjdziemy wcześnie, ale zgodnie z przyjętą strategią

Strony: 1 2 3 4
One Response
  1. gosia says:

    świetny artykuł, to miejsce to moje marzenie:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *